Koteria
Warszawa ( mapka )
ul. Chrzanowskiego 13
poniedz.-piątek: godz. 9–19
sobota 9–13

tel.: 535 870 225

Sterylizacja i kastracja - egoistyczny punkt widzenia

Jestem egoistką. I dlatego moje koty są wykastrowane.
Pierwsza kotka, która była naprawdę moja, to Mysza. Zamieszkała u mnie pewnego listopadowego dnia, jako około ośmiomiesięczna koteczka - z nadejściem chłodów postanowiła się oswoić i zamiast uciec jak zwykle po karmieniu, po prostu weszła do biura i dała się pogłaskać. Więc zabrałam ją do domu. Mysza przez kilka lat miała rujki, na szczęście niezbyt uciążliwe, nie wydzierała się wniebogłosy, nie sikała po kątach. Mysza nie była kotem wychodzącym i nie groziło jej zajście w ciążę, więc znosiliśmy jakoś jej ruje; aż w końcu nasiliły się, były coraz częstsze i dłuższe. Trzeba było coś zrobić. Kochałam moją Myszę bardzo, nie chciałam jej narażać na operację, na ból, więc dostała zastrzyk hormonalny, który miał na pół roku rozwiązać problem. Rujkowego problemu nie było, owszem, ale tylko przez dwa miesiące. Mysza dostała kolejny zastrzyk, a po dwóch tygodniach - kolejną ruję. Lekarz weterynarii zaproponował jednak sterylizację, skoro hormony nie działają tak, jak powinny. Z ciężkim sercem zaniosłam swoją ukochaną kotkę na zabieg. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że tak ją krzywdzę... Po operacji dowiedziałam się, że zastrzyki nie działały, ponieważ Mysza miała cysty na jajnikach. A może miała cysty przez te zastrzyki? Nie wiem. Minęło kilka lat bez rujek, aż pewnego dnia wyczułam na brzuszku Myszy guzka. Rak sutka. Operacja, wycięcie listwy mlecznej, rekonwalescencja. Kiedy już Mysza doszła do siebie, wyczułam guzka pod pachą przedniej łapki - przerzut. Kolejna operacja, wycięcie węzła chłonnego, rekonwalescencja. Minęło kilka miesięcy, Mysza już zapomniała o trudnych chwilach, trzynastoletnia kotka bawiła się jak mały kociak, ale nagle zaczęła szybciej się męczyć, ciężej oddychać. Przerzuty do płuc, chemia. Tej walki nie wygrałyśmy. Po dwunastu latach straciłam najkochańszą, pierwszą, najważniejszą kocią przyjaciółkę.
Teraz jestem już egoistką. Nie chcę więcej przeżywać takiego dramatu, nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że przez moją niemądrą miłość mogę stracić kolejną kotkę. Dziś już wiem, że podawanie kotce hormonów może spowodować takie choroby, jak ropomacicze i guzy sutka. Co więcej - pozwalanie kotce na rujkowanie również może mieć negatywne skutki. "W naturze" kotka ma kilka rujek w ciągu roku (dwie-cztery), po których zachodzi w ciążę i rodzi kocięta. Jeżeli po rui nie następuje zapłodnienie, kolejna może pojawić się bardzo szybko, często kotki wpadają w tzw. ruję permanentną. Taka duża aktywność hormonów również może powodować wyżej wspomniane choroby.

Zdarza się, że ropomacicze doprowadza do śmierci kotki. Charakterystycznym objawem choroby jest ropny wyciek z narządów rodnych (występuje przy ropomaciczu otwartym). Szybko zauważoną chorobę można próbować wyleczyć antybiotykami, najczęściej jednak skuteczne leczenie polega na operacji, takiej jak sterylizacja - tyle że w czasie choroby, kiedy kotka jest w dużo gorszej kondycji, a operacja jest o wiele ryzykowniejsza. Gorzej, jeśli wystąpi ropomacicze zamknięte, wtedy ropa nie ma ujścia, stan zapalny rozwija się bez oczywistych objawów i może dojść do perforacji macicy i zapalenia otrzewnej.

Nowotwory sutka to zwykle guzy tzw. hormonozależne, złośliwe w ok. 90%. Jakikolwiek guzek na brzuchu kotki, w okolicach sutków, powinien nas zaalarmować. Im szybciej kotka trafi do lekarza wterynarii, a guzek zostanie usunięty, tym większe szanse na wyleczenie. Guzy powinno się usuwać wraz całą listwą mleczną (mastektomia), z dużym marginesem zdrowej tkanki. Warto wysłać wycinek na badanie histopatologiczne, żeby sprawdzić, czy zmiana jest złośliwa, czy nie. Jeśli guz jest złośliwy, może dawać przerzuty do węzłów chłonnych, a potem do płuc, dlatego tak ważna jest szybka reakcja - ale jeszcze ważniejsza jest profilaktyka.

Moje kotki, zarówno rezydentki, jak i te do adopcji, zostały wysterylizowane; większość przed pierwszą rują. Każda prawidłowo przeprowadzona sterylizacja eliminuje ryzyko zachorowania na ropomacicze i poważnie ogranicza zachorowalność na guzy sutka. Co więcej - sterylizacja przed pierwszą rują mocno ogranicza wystąpienie tej drugiej choroby. Jako osoba samolubna, sterylizując swoje kotki, unikam przeżywania obaw, że któraś z nich cierpieć na choroby, o których piszę wyżej. Wszystkie mamy spokój.

Na czym polega sterylizacja (a prawidłowo mówiąc - kastracja) kotki? Jest to usunięcie jajników, jajowodów i macicy. Operację można przeprowadzić na kilka sposobów, ale ja wybieram chirurga, który operuje krótkim cięciem, na linii białej. Znaczy to, że cięcie ma około 1 cm i jest na środku brzuszka. Po takiej sterylizacji kotka dojdzie do siebie błyskawicznie; bywa, że już następnego dnia zachowuje się, jakby nie miała żadnego zabiegu. Jeżeli kotka nie interesuje się szwami, nie trzeba rany zabezpieczać, ale jeśli wykazuje niezdrowe zainteresowanie brzuchem, zakładam jej kaftanik kupiony w lecznicy. Takie ubranko chroni ranę przed językiem i zębami kotki (miałam już kotkę, która zawzięcie zdejmowała sobie szwy), przed brudem (np. żwirkiem w kuwecie), a dodatkowo troszkę unieruchamia kotkę, co sprzyja szybszemu gojeniu rany. Jeżeli kotka ubrana w kaftan jest smutna i nieruchawa, to znaczy, że ma "depresję kaftanową - nie należy się tym przejmować, bo depresja ustąpi natychmiast po zdjęciu krępującego ubranka (po zagojeniu się szwu).

Przed sterylizacją trzeba kotkę przebadać. Można na wszelki wypadek zrobić badania krwi, żeby mieć pewność, że nerki i wątroba pracują prawidłowo. Pamiętajmy też, że kotka musi być odrobaczona i zaszczepiona. Pacjentka musi być na czczo, więc kilkanaście godzin przed planowaną operacją zabieramy jej wszelkie jedzenie, a na kilka godzin przed - wodę. Po sterylizacji kotkę odbieramy już wybudzoną (nie wolno zabierać z lecznicy niewybudzonego kota!), ale jeszcze trochę pod wpływem narkozy, więc może być niespokojna, próbować skakać mimo plączących się łapek - trzeba pilnować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Jedzenie i wodę podajemy kilka godzin po operacji, na początku w małych ilościach - jeżeli kotka wymiotuje, odstawiamy jedzenie do następnego dnia. Nazajutrz kotka powinna zachowywać się już normalnie, ale jeżeli widzimy oznaki bólu, można podać środki przeciwbólowe. Zazwyczaj podaje się również antybiotyk, osłonowo. Jeżeli kotka ma szwy, które się nie rozpuszczają, lekarz zdejmuje je po 10 dniach od zabiegu.

A może by tak pozwolić kotce urodzić kocięta? Przecież sterylizując, pozbawiam ją możliwości bycia matką. W dodatku "mówi się", że kotka powinna mieć co najmniej raz w życiu kociaki, że inaczej zwariuje... Tak, tak. I jeszcze "mówi się", że koty śpiącym ludziom wysysają oddech, mogą przegryźć grdykę, a małe dziecko to na bank uduszą. Konieczność co najmniej jednego miotu w życiu kotki to taki sam mit. Kotki nie myślą abstrakcyjnie, nie planują macierzyństwa, nie oczekują swoich dzieci tak jak ludzie. Rozmnażanie to dla nich instynkt, który popycha je do aktu prokreacji (nota bene - bardzo bolesnego dla kotki, ponieważ ma owulację stymulowaną bólem podczas spółkowania, stąd te krzyki marcujących kotów), instynkt macierzyński pojawia się dopiero na skutek porodu. Co gorsza, komplikacje w ciąży i przy porodzie nie są wcale takie rzadkie, jak by się to mogło wydawać, a do zapewnienia odpowiedniej opieki kociętom i ich matce potrzeba sporych środków finansowych - wystarczy zapytać hodowców kotów rasowych, jak to wygląda i ile kosztuje. W dodatku kotów nierasowych, najwspanialszych na świecie dachowców, jest bardzo dużo, za dużo. Wiele ich żyje na wolności, wiele rodzi się w piwnicach czy krzakach i zbyt wiele umiera niedobrą śmiercią.

Od kilku lat zajmuję się również kotami wolno żyjącymi i bywam w piwnicach, gdzie kocięta rodzą się, chorują i umierają. Jako że jestem egoistką i mam na względzie własne dobro, nie rozmnażam kotek pod moją opieką - nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że kocięta urodzone w moim domu zabrały szansę na dom tym z jakiejś brudnej piwnicy. Gdyby moja kotka urodziła kocięta, nie miałabym miejsca w moim domu na oswojenie i leczenie kociaków piwnicznych. One również zasługują na dobre życie i dom. Swoją egoistyczną potrzebę niańczenia kociąt zaspokajam więc inaczej - jestem domem tymczasowym dla maluchów, które urodziły się, bo ich matka jest dzika i nie została jeszcze wysterylizowana, nie miał kto się nią zaopiekować.

Kocury mam również, i również wykastrowane, jakże by inaczej. Po co takiemu samolubowi jak ja agresywny kocur znaczący mieszkanie? Dojrzałe kocury są bardzo waleczne i zostawiają swoje "pachnące wizytówki" gdzie tylko się da. Kastracja temu zapobiega. Przy okazji chciałabym się rozprawić z kolejnym mitem - że po kastracji kocury cierpią na syndrom urologiczny, mają problemy z nerkami i pęcherzem. Faktycznie, nerki to narząd bardzo wrażliwy u kotów, zaś cewka moczowa kocurów jest długa i wąska, a przez to ma większą skłonność do "zatykania" się, jeśli w moczu są kryształy, ale nie znaleziono żadnego powiązania pomiędzy kastracją kocura a zapadaniem na choroby pęcherza. Kocury żyjące w domu (w większości kastraty), jeśli zachorują na SUK lub nerki, są diagnozowane i leczone, a kocury wolno żyjące, niekastrowane - po prostu umierają i nikt nie docieka przyczyny ich śmierci. Tak powstało mityczne powiązanie kastracji z chorym pęcherzem...

Kastracja kocura to zabieg dużo lżejszy niż kastracja kotki - trwa krócej i stosuje się krótszą narkozę. Przygotowanie pacjenta do zabiegu wygląda podobnie jak u kotki, czyli głodówka odpowiednio wcześniej i niepodawanie jedzenia jeszcze kilka godzin po zabiegu. Kocurowi nie zakłada się żadnych szwów zewnętrznych, a ranki goją się błyskawicznie - trzeba tylko pilnować, żeby ich nie rozlizał.

Gdybym mieszkała w domu z ogrodem, w bardzo bezpiecznej okolicy, a moje koty byłyby wychodzące (ach, rozmarzyłam się - kto by nie chciał mieć ogrodu...?), teoretycznie problem znaczenia i smrodu by mnie dotyczył, bo wychodzący kocur zostawiałby swoje "wizytówki" na zewnątrz. Niestety, zapewne również by się włóczył i walczył z innymi kocurami o kotki, a z kotkami by... No, wiadomo. A ja żyłabym w ciągłym niepokoju i nerwach, czy mój kocur wróci, czy wróci cały, wreszcie - czy nie zarazi się jedną z kocich chorób wirusowych przenoszonych przez ugryzienia lub spółkowanie. Na białaczkę zakaźną można kota zaszczepić, ale nie istnieje szczepienie na FIV, a ta właśnie choroba jest nieuleczalna i przenoszona przez krew. To nie na moje nerwy - nawet mając wychodzące koty, wykastrowałabym je, bo w ten sposób można istotnie ograniczyć ich zapędy do włóczęgostwa, walki, a całkowicie wyeliminować amory.

No dobrze, a gdybym mieszkała na wsi, gdyby moje koty miały za zadanie łowić myszy? Kastraci i kastratki przestają być łowne, tak "się mówi". A ja odpowiadam, słowami mojej koleżanki - czy kotka poluje jajnikami, a kocur jądrami? Wiadomo, że nie. Kastracja nie wpływa negatywnie na łowność kota czy kotki, wręcz przeciwnie - wykastrowany kot ma jeden "problem" z głowy, nie zajmuje się już marcowaniem, ma więcej czasu i energii na zaspokajanie swojego innego instynktu, czyli na polowanie. Gdybym mieszkała na wsi, moje koty byłyby wykastrowane, dla mojego dobra - żeby łowiły więcej myszy.

Marzenia o domu z ogrodem są tylko marzeniami, moje koty mieszkają ze mną w mieście i nie wychodzą z mieszkania. I nie są grube, a przecież - kolejny mit - "mówi się", że po kastracji koty tyją. Gruby kot to nie wina kastracji, a opiekuna tego kota! Jeśli zwierzę jest przekarmiane, jeżeli nie ma dużo ruchu, nic dziwnego, że tyje. Kota trzeba wybawić i odpowiednio karmić, a wtedy zachowa piękną linię do końca życia - a kastraty żyją dłużej.

Reasumując - namawiam do egoizmu. Tak, namawiam do bycia egoistą i kastrowania niehodowlanych kotek i kocurów. Kastrujmy koty dla własnego (i ich) świętego spokoju, bo wykastrowane kotki:

  • nie chorują na ropomacicze,
  • dużo rzadziej chorują na guza sutka,
  • nie wrzeszczą jak opętane w czasie rui i nie posikują po kątach, znacząc teren,
  • nie zachodzą w ciążę i nie rodzą, a więc nie mają komplikacji zdrowotnych z tym związanych,
  • nie przynoszą na świat kolejnych (niechcianych) kotów, dla których trudno o dobre domy,
  • nie zarażają się niebezpiecznymi i nieuleczalnymi chorobami wirusowymi podczas prokreacji.
Zaś wykastrowane kocury:
  • nie są agresywne,
  • nie znaczą terenu (którym jest często nasze własne mieszkanie),
  • nie włóczą się, ryzykując swoje zdrowie i życie,
  • nie zarażają się chorobami wirusowymi podczas walk z innymi kocurami lub podczas prokreacji,
  • nie płodzą kociąt.

Same korzyści dla egoistycznego opiekuna, nieprawdaż? A że przy okazji skorzystają na tym nasze koty - no cóż, chyba nic w tym złego, nawet dla egoisty.

Jana Zamięcka Magazyn KOT nr 3, marzec 2008

Pisząc artykuł korzystałam z informacji uzyskanych od lekarza weterynarii oraz zawartych na www.vetserwis.pl
szukaj: 
facebook
Fundacja dla Zwierząt ARGOS, 04-886 Warszawa, ul. Garncarska 37A, KRS: 0000286138
tel. 22 615 52 82 | e-mail: fundacja@argos.org.pl | http://www.argos.org.pl
Bank PEKAO SA 47 1240 6133 1111 0000 4808 5915
Ośrodek KOTERIA ul. Chrzanowskiego 13, Warszawa, tel. 535 870 225
Kierownik Ośrodka Anna Wypych: tel. 603 651 044 | Lekarz weterynarii Iwona Kłucińska-Petschl tel. 502 642 932