Były z nami

Tyle już kotów zmarło w DeS(K)ce – specyfika tych dwóch, bezlitosnych chorób – a ja wciąż nie mogę przyzwyczaić się, że tak szybko czasem umierają, że pomimo leczenia, opieki i tysiąca głasków odchodzą nagle i nieubłaganie.

To nie jest dobra końcówka roku w DeS(K)ce. W niedługim czasie odeszli trzej mieszkańcy. Nie ma już wśród nas Zbójka, Leosia i Whita. Każdy z nich był niezwykły, każdy wniósł swoją cząstkę w ten dom. Zbójek nie ściąga wszystkiego ze stołu i nie kradnie już pomidorów, White nie paca mnie kosmatą łapką po twarzy, a Leoś już nie tarza się w piasku przyjmując maskujący szary kolor futerka.

Ile razy można żegnać przyjaciela? Jeszcze parę dni temu siedział na fotelu patrząc z pogardą na gatunek ludzki. A jednak żyliśmy razem, blisko związani cienką nicią emocji. Uważnie obserwował, co się dzieje w domu, sprawdzał czy kupiłam to, co jest warte zainteresowania, robił przegląd garnków na kuchence, niezmiennie zdziwiony, że można jeść takie dziwne potrawy.  I zdawało mi się, że będzie tak zawsze, ale to zawsze okazało się być takie krótkie, kilka lat zaledwie. Białaczka upomniała się o swoje, zabrała go w kilka dni. Nikt nie patrzy na mnie z fotela z miną wyższej racji. Fotel stoi pusty.

Minął kolejny rok. Pożegnaliśmy kolejnych przyjaciół. I tych, którzy zawitali na kilka miesięcy i takich, którzy mieszkali w Desce kilka lat. Każdy inny, każdy w jakiś sposób nas zmienił, dopełnił, wzbogacił. Nauczył pokory, rozśmieszył do łez, przechytrzył, wzruszył.

Znowu musieliśmy pożegnać kilkoro z naszych przyjaciół. To najtrudniejsza strona zajmowania się kotami białaczkowymi. Za szybko umierają…